Sam proces kręcenia takiego giganta był niezłą logistyką – potrzebne były specjalne bibuły łączone w całość, masa suszu (ponoć kilkaset gramów poszło tylko na „dolepianie” i uszczelnianie) oraz ekipa, która to ogarniała. Sam joint miał długość kilkudziesięciu centymetrów i wyglądał bardziej jak rekwizyt filmowy niż coś, co można wrzucić w obieg.
Co ciekawe, takie rekordowe „skręty” pojawiają się na różnego rodzaju festiwalach i targach konopnych, głównie w celach pokazowych, PR-owych czy jako forma „sztuki użytkowej”. W praktyce wypalenie tego byłoby prawie niemożliwe – tlen, żar, rozprowadzanie dymu… logistyka nie do ogarnięcia.